powrót do strony głównej

Kronika

Spotkanie w Gdańsku - 17 marca 2000 roku

Uroczyste wręczenie książki JM Rektorowi Politechniki Gdańskiej.

Do sali posiedzeń Senatu PG przybyli:

Prorektor PG- prof. dr hab. R. Przybylski, Dziekan Wydziału Budownictwa Lądowego prof. dr hab. Ryszard Krystek oraz Profesorowie: Eugeniusz Bielewicz, Zbigniew Cywiński, Tadeusz Ćwirko-Godycki, Władysław Koc, Maria Stawicka - Wałkowska, Czesław Szymczak, Henryk Walukiewicz, Kazimierz Wysiatycki, Jerzy Ziółko; przedstawiciele Samorządu Studenckiego oraz około 50 osobowa grupa absolwentów PG Rocznik 60. W imieniu naszego rocznika wystąpił Lech Rościszewski. Wysłuchaliśmy miłych słów i komplementów od JM Rektora, Pana Dziekana oraz prof. Eugeniusza Bielewicza.

W podniosłej i wzruszającej atmosferze dopełniliśmy miłego obowiązku przekazania książki "Spotkaliśmy się w Gdańsku" JM Rektorowi i przybyłym Profesorom. Książkę przekazaliśmy też Zakładowi Historii oraz Bibliotece Głównej PG. Spotkanie zakończyło się lampką wina w Klubie Pracowników PG.



JEGO MAGNIFICENCJO,

Panie Dziekanie,

Panie i Panowie Profesorowie,

Drodzy Państwo,

Koleżanki i Koledzy


Szczególnego uczucia doznaję zawsze, gdy wchodzę do tego budynku. W jednej chwili odżywają wspomnienia z okresu studiów, z przed czterdziestu z górą lat. Po niezapomnianej przygodzie, jaką były nasze studia, rozjechaliśmy się po Polsce. Wielu z nas szybko założyło rodziny. Zdawaliśmy dwa egzaminy jednocześnie. Jeden z umiejętności wykorzystania w praktyce zdobytej wiedzy, drugi z zaradności i dbałości o swój dom i swoich bliskich. Świadkowaliśmy sobie wzajemnie na ślubach, doświadczaliśmy koleżeńskiej pomocy układając swoje życie zawodowe. Wtedy poczuliśmy jak bardzo nas zbliżył czas studiów, przekonywaliśmy się, że nie jesteśmy sami, że możemy liczyć na siebie gdy zajdzie potrzeba.

W 1976 roku uczestniczyłem w przygotowaniu wyprawy, która miała założyć polską stację badawczą na Antarktydzie. Do budowy stacji potrzebne było wszystko a na rynku nie było nic. Ale był Jurek i Wojtek. Dotarły więc na statek w planowanym terminie prefabrykowane stopy fundamentowe i płyty drogowe wykonane w Gdyni, były elementy z drewna klejonego z Cierpic pod Toruniem na dwie hale i wrota do tych hal wykonane w Mątwach, gdzie Wojtek budował "Sodę". Były setki beczek z cementem, z piaskiem i ze żwirem, był przeróżny asortyment materiałów elektrycznych z gdańskiego Elektromontażu, bo Jurek umiał i chciał się w to zaangażować. Pomimo, że część tego ładunku, w czasie przeprawy morskiej w Zatoce Admiralicji, zabrał sztorm, stacja została wybudowana i 19 osobowa załoga bezpiecznie przezimowała. Nasz rocznik miał w tym swój udział.

Za pól roku wracałem znowu na Stacją. Towarzyszył mi Piotrek, nasz wspaniały kolega i chrzestny ojciec mojej Małgosi. Mieliśmy między innymi wybudować stalowy zbiornik na paliwo. Konsultantem projektu zbiornika był Profesor Jerzy Ziółko. Pierwszy polski zbiornik o podwójnym płaszczu dla ochrony środowiska w razie awarii. Stoi na naszej stacji już przeszło 20 lat, wiatry powyżej 60 m/s, żadnych kruchych pęknięć, żadnych awarii. Wiadomo - Politechnika Gdańska. My budowaliśmy zbiornik a Jurek ojcował mojemu Maćkowi i swoją cierpliwość inwestował w adepta narciarstwa zjazdowego. Wielu z nas mogłoby snuć podobne wspomnienia.

Gdy piętnaście lat po ukończeniu studiów, doszło do pierwszego spotkania naszego rocznika radość była ogromna, cieszyliśmy się jak dzieci. Do dzisiaj, pomimo że "zaliczyliśmy" sześć Zjazdów, tamten w Jastrowiu wspominany jest z największym rozrzewnieniem. Wokół uśmiechnięte, przyjazne twarze, Pan Profesor Bogucki wykłada o awariach konstrukcji stalowych. Powrócił duch Szkoły. Ochrzciliśmy się wtedy - "Rocznik 60". Po dziesięciu latach, na "srebrne gody" zasiedliśmy w naszej 167 GG, która od egzaminu wstępnego na studia była świadkiem naszej upartej walki o upragniony dyplom. Potem były kolejne Zjazdy. Najpierw co pięć a później, gdy poczuliśmy że czas coraz szybciej upływa, co 3 lata. Dzięki tym spotkaniom jeszcze więcej się poznawaliśmy, wzmacniała się nasza więź, bardziej się lubiliśmy. Narastała ochota opisania naszych przeżyć.

Uradowany, z zapowiedzianego na czerwiec 1997 roku kolejnego spotkania "Rocznika 60", zaproponowałem spisanie naszych wspomnień, nie tylko ze zjazdów, ale z całego naszego życia. Pomysł wydawał się szalony, a do tego w formie książki, bardzo mało realny. W śmiałych planach zakładałem, że gdy uda się zgromadzić koło tej idei kilkunastu absolwentów naszego rocznika to będzie z tego książka. Niespodziewanie, rezultat daleko przekroczył oczekiwania. 45 autorów z "Rocznika 60" i kilku autorów spoza naszego rocznika , którzy nie odmówili naszej prośbie. W taki oto sposób zostałem "druhem redaktorem". Początek nie zapowiadał się zachęcająco, przez prawie rok niewiele się działo. Pomógł nam, jak to się często zdarza, przypadek. Groziło mi dość długie zwolnienie lekarskie, więc zabrałem się do komputera i telefonu. Moja żona wypominała mi - "Tobie się wydaje, że tak jak Ty, oni nie mają nic ważniejszego do roboty, tylko tą książkę. Daj ty im spokój". A ja nie dawałem im spokoju. Z każdym miesiącem było lepiej, nadchodziło coraz więcej listów, a każdy z nich wzbogacał nasz życiorys. Wszystkie teksty, które otrzymałem są wiernie zamieszczone w naszej książce i te nieco obszerniejsze i te lakoniczne stwierdzenia, że "pracę dyplomową i egzamin przeżyłem bez wrażeń". Uznałem za swój obowiązek, aby nie dokonywać żadnych poprawek, zmian czy korekt. Przekonany jestem, że oryginalność wszystkich tekstów stanowi atut tej książki.

Na brakach i ewentualnych walorach naszej książki zaciążył spontanicznie, w czasie jednego wieczoru, napisany konspekt książki, z którym przyjechałem na zjazd do Kaletki. Było w nim i o dziadach naszych, o rodzicach, o "moim domu", "mama i tato powtarzali ciągle", o szkole, o maturze, "dlaczego na Politechnikę?", nasze dzieci, pierwsze mieszkanie, i tak dalej i tak dalej. Niektórzy z nas potraktowali dość dosłownie ten konspekt, odpowiadając zwięźle na zawarte w nim kwestie. Inni napisali na wybrane tematy, jeszcze inni napisali na moją prośbę "wypracowania" na zadany temat., który wydawał mi się ważny. Mamy świadomość, że wiele istotnych spraw naszego życia zostało w tej książce pominiętych. Ten niedosyt jest chyba normalny.

Przy ocenie pierwszej części tekstu, na spotkaniu w Gdyni, w kwietniu ubiegłego roku, zaakceptowana została zasada, że poszczególne fragmenty, krótkie wypowiedzi i refleksje nie będą miały podpisów autorów. Większe teksty, opatrzone śródtytułami, podpisane są imieniem autora, choć Jurków mamy kilku a nawet Eulalie mamy dwie. Tak więc, cała książka jest "nasza", jest życiorysem jednego pokolenia, ba, jednego rocznika akademickiego, który postanowił o sobie opowiedzieć. Staramy się też wypełnić swoją powinność wobec tych z nas, którzy nie zameldują się już na najbliższym naszym zjeździe. Szkoda, jak napisał Jurek, że - "Bardzo często dowiadujemy się rzeczy ważnych o naszych przyjaciołach, gdy Ich już nie ma".


O naszych Profesorach można by w nieskończoność. Byli dla nas wszystkim. "Proszę Kolegów" - zwracał się do nas Profesor Szczygieł. Taka była według Profesora relacja uczeń - mistrz . "Stawało się twarzą w twarz z wielkim uczonym i po prostu nie wypadało nie umieć" - tak napisała o Profesorze Bukowskim jedna z koleżanek. "To, że w swoim fachu coś znaczę, jest z całą pewnością zasługą mego promotora" - napisał Jurek. Mamy świadomość, że wspomnieniami zawartymi w tej książce daleko nam do spłacenia długu wdzięczności naszym nauczycielom.

Maszynopis tej książki poddany był surowej ocenie "kolegium gdańskiego". Jedynie tytuł i grafika okładki nie zostały zaakceptowane. Tytuł książki - największa męka autora, jak powiadają doświadczeni w tym fachu. Pomysłów na tytuł miałem kilkadziesiąt. Z ekspresyjnym ujęciem mostu na Wiśle w Zakroczymiu, projektu naszego Witka, dobrze się kojarzyło - "Po drogach i po mostach". Taka "przerzutnia" była ładna. Z Gdańska nadchodzi alarm! - gdzie tu konstruktorzy??!! - żelbeciarze i stalowcy ?, którzy w połowie stanowili nasz rocznik. No i od początku. W końcu dzieło ostało się pod dobrym tytułem, bo w najważniejsze było to, że - "Spotkaliśmy się w Gdańsku".

Kilka słów komentarza do graficznej części książki. Urodziliśmy się tuż przed wojną i tak pamiętamy swój rodzinny dom. Drugi rozdział zaczyna się pięknym frontonem budynku głównego naszej szkoły, bo jakże mogło być inaczej. Wstępem do rozdziału trzeciego jest sylweta Daru Pomorza pod pełnymi żaglami. Nas pchał ten wiatr, gdy ruszaliśmy w życie z dyplomami w ręku. Przed relacją z każdego zjazdu jest fragment miasta, w którym mieszkają nasi koledzy, którzy organizowali zjazd. Jest to podziękowanie dla nich za chęć i trud przygotowania spotkania, na które zawsze czekamy.

Wydawnictwa wspomnieniowe są, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, formą bardzo powszechną. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli zważyć, że okres ostatnich sześćdziesięciu lat był tak bogaty w wydarzenia, że niemal każdemu kto go przeżył, mógł dać złudzenie, że jego przeżycia są szczególnie interesujące, że właśnie jego dzieje zasługują na uwiecznienie. Wielu o tym myśli, a nieliczni decydują się na, przyjemną skądinąd, pracę opisania swoich przeżyć. Sądzę, że życiowa przygoda naszego rocznika, wpisana w ostatnie 60 lat, pełne historycznych zdarzeń, na to zasługiwała.

Jeśli sentencja ta nie jest całkiem prawdziwa, to na pewno na utrwalenie zasługuje wspomnienie o naszych Nauczycielach i naszej Szkole, której książkę tą dedykujemy. Dziękujemy naszej Politechnice za satysfakcjonujące życie zawodowe, za wszystko co dostaliśmy na starcie i co dotąd w nas pozostało. Za proste, również te niewłaściwe, za nieszczęsne, oszczędnościowe dźwigary zbijane, za docisk dwóch kul, za przeświadczenie, że nie zawsze jesteśmy ql kwadrat ósmych, za porządne techniczne abecadło, za poczucie obowiązku, za wiarę i ufność do ludzi.


Dzisiaj znowu SPOTKALIŚMY SIĘ W GDAŃSKU.


Lech Rościszewski

Gdańsk, 17 marca 2000r.