powrót do strony głównej

 

  • PROFESOR FRANCICSZEK OTTO
  • WŁADYSŁAW BOGUCKI
  • PROFESOR TEODOR SZAMIN
  • PROFESOR TADEUSZ KLOCEK
  • JAN SICZEK
  • PROFESOR TADEUSZ RUBCZK - Wspomnienia i refleksje
  • PROFESOR WLADYSLAW WEDZINSKI
  • PROFESOR STANISLAW BLASZKOWIAK
  • PROFESOR BRONISLAW BUKOWSKI
  •  

    Uwielbiałam Kaźmierczaka za jego precyzyjne wykłady i sprawiedliwe oceny na egzaminie. Lubiłam stalowe - prof. Bogucki - "nikt nie nosi i szelek i paska", no i prof. Dziubiński" dziecko napij się wody". Wykłady Dąbrowskiego - obłęd w oczach, nic nie rozumiałyśmy co on wykłada, gdyż cały wysiłek skierowany był na przepisywanie z fruwających tablic. Właściwie co nazwisko to wspomnienie.

    Bardzo miło wspominam profesorów: W. Pawelskiego, S. Bernasika, M. Bahra, K. Dziubińskiego, J. Rusteckiego, E. Bielewicza, St. Małasiewicza, L. Bohdziewicza, Z. Thruna, P. Janczukowicza, W. Wędzińskiego, R. Kazmierczaka, T. Szulczyńskiego, J. Smoleńskiego, Wł. Boguckiego, B. Bukowskiego, T. Szamina. Nie lubiłem Lewandowskiego i Siuzdaka.

    Barwni to: Franciszek Otto, Ryszard Dąbrowski i Stanisław Błaszkowiak.

    Z profesorów wspominam niektóre nazwiska:

      - Prof. Bogucki
      - Prof. Pawelski
      - Prof. Lewandowski
      - Prof. Dziubiński
      - Prof. Błaszkowiak
      - Prof. Szczygieł
      - Prof. Wysiatycki
      - Prof. Rydlewski
      - Dziekan, późniejszy Rektor, ojciec Wandy;
      - opiekun roku, (starości z dzienniczkami);
      - ciężki egzamin z budownictwa;
      - lubiłem geodezję, dużo znałem z Technikum;
      - wybitny autorytet;
      - robiłem dyplom;
      - ostatnie zaliczenie do absolutorium;
      - Prorektor, przygody na wycieczce do Bułgarii.
    Różni byli Profesorowie - wykładowcy. Jednych się lubiło drugich nie. Pamiętam jeden egzamin, na którym Profesor wyżywał się - niszczył psychicznie. Pytał jednocześnie 3 - 4 studentów. Wybierał ofiarę i pupila, zadawał pytanie łatwe pupilowi, trudne - ofierze, albo za pupila sam odpowiadał, chwaląc osobę wybraną a reszta była do niczego. Przedmiot - organizacja, planowanie i kosztorysowanie robót komunikacyjnych - Prof. T. Rubczak. Zadawały osoby: Irena Koreniuk, Jadzia Tytke, Staszek Mazurkiewicz i ja. Ofiarą byłam ja, pupilem - Jadzia. Jadzia dostała - 5, reszta chyba 3, przy wpisywaniu do mojego indeksu wygłosił mowę: : "nic nie umiała, prawie że oblała, z łaski stawiam trzy".
    Najlepszy był Staszek, Jadzia wtedy nie popisała się.


    PROFESOR FRANCICSZEK OTTO

    Krótkie wspomnienie o moim znakomitym Profesorze.
    Profesor Franciszek Otto z pozoru bardzo niedostępny, surowy, pryncypialny, ale miał małe słabostki np. upodobanie do błękitnego koloru. Wszyscy studenci, a przede wszystkim studentki Wydziału Architektury (rocznik 55-61) miały podobno specjalne względy przy kolokwium lub egzaminie ustnym, jeżeli ubrały niebieską sukienkę, bluzkę czy koszulę, nie mówiąc już o posiadaniu oczu błękitnych. Przed katedrą geometrii w czasie sesji egzaminacyjnej bardzo często "błękitniało" i niebieszczyło. Pewnego dnia jednak Profesor był już widać przesycony tym błękitem. Kiedy weszła następna studentka w niebieskiej bluzce, zapytał niewinnie : "czyżby teraz była moda na ten kolor, w którym już rok nie gustuję?"

    Mimo pozorów surowości, był to uroczy, dowcipny i wyrozumiały Profesor dla młodzieży, która nie usiłowała go oszukać, ani w jakiś sposób podejść. Profesor cierpliwie znosił nasz brak wyobraźni przestrzennej i po raz dziesiąty tłumaczył zawiłości twierdzenia o prostej prowadzonej przez 2 punkty, które rysowane Jego ręką stanowiły swoisty artyzm geometryczny.

    Maria Barbara Widuch-Duszyńska - studentka Wydziału Architektury, rocznik 55 - 61.

    Profesor przywędrował do Gdańska w 1945 roku razem z grupą lwowskich, przedwojennych profesorów, którzy swoim bezinteresownym zapałem dźwigali z gruzów zniszczoną i rozgrabioną Politechnikę Gdańską. Wymienię tych, już nieżyjących, których miałem satysfakcję poznać, słuchać ich wykładów a później zaliczać kolokwia i zdawać egzaminy. Byli to: Profesor Marian Osiński - twórca i wieloletni dziekan Wydziału Architektury PG, Profesor Feliks Markowski - kierownik Katedry Projektowania, Profesor Jan Borowski (Majewski??) - kierownik Katedry Historii Architektury Powszechnej oraz Profesor Franciszek Otto - kierownik Katedry Geometrii Wykreślnej, który wraz ze swoim bratem Edwardem był we Lwowie, przed wybuchem wojny, asystentem Profesora Kazimierza Bartla, wybitnego naukowca i polityka, zamordowanego przez Niemców wraz z lwowskimi profesorami.

    Ze względu na potrzebę rozwijania wyobraźni przestrzennej u przyszłych projektantów, geometria wykreślna była wykładana przez Profesora w znacznie rozszerzonym zakresie i z podwyższonymi wymaganiami egzaminacyjnymi. O tym, że geometria wykreślna stanowiła najwyższą barierę do pokonania świadczy fakt, że około 10% studentów w każdym roku, po wielu nieudanych próbach zaliczenia, rezygnowało z dalszych studiów.

    Mój, nieżyjący już przyjaciel, zdolny architekt współpracujący z Profesorem Jerzym Hryniewieckim przy odbudowie Skopie po trzęsieniu ziemi, zwierzył mi się w czasie alkoholowej biesiady, że po kolejnej próbie zaliczenia "wykreślnej", Profesor z charakterystycznym grymasem połączonym z zatroskaniem powiedział: - "Według mojego notesu próbował Pan niefortunnie zdać egzamin końcowy po raz 14-ty. Ponieważ ma Pan nazwisko Czternastek muszę Panu zaliczyć."

    Ja miałem więcej szczęścia i po 2-ch nieudanych próbach Profesor wyraził zgodę na egzamin. Była majowe, niedzielne popołudnie 1950 roku. Przyszliśmy z kolegą Kolanko do gabinetu Profesora, który wyszukał tematy, dał nam 1 godzinę, zamknął gabinet na klucz i gdzieś sobie poszedł. Otrzymałem do rozwiązania "hit" Profesora: - "Wykreślenie linii cienia do odwróconej kanelury". Zadanie to uchodziło za nierozwiązywalne! Dzięki temu, że przyjąłem czarny scenariusz tego egzaminu i przygotowałem w brudnopisie ściągę z tego tematu, rozwiązałem zadanie przez 40 minut i zdążyłem pomóc koledze. Chcę podkreślić, że warunki do tak intensywnej pracy umysłowej były bardzo uciążliwe ponieważ była upalna pogoda, my w ciemnych garniturach i pod krawatem a przez otwarte okna atakowały nas gromkie wycia kibiców z pobliskiego stadionu Lechii. Po upływie godziny Profesor wszedł do pokoju, dokładnie obejrzał moje rozwiązanie i z wyraźnym zdziwieniem powiedział: -"dobrze" a za chwilę dodał -"bardzo dobrze" i do indeksu wpisał; Bd!. Kolega, ponieważ nie zdążył zakończyć zadania graficznie zaliczył na dost.. Bardzo usatysfakcjonowani i szczęśliwi wpadliśmy do "Ciotki" na kielicha. Ciotką nazywaliśmy woźną mieszkającą w domku z prawej strony głównej bramy wejściowej, która na zamówienie podawała zdrowe, pożywne kanapki i "po uważaniu" alkohol w ograniczonych, troską o zdrowie, ilościach.

    Drugie bezpośrednie i ostatnie spotkanie z Profesorem nastąpiło w przypadkowych okolicznościach, w lecie 1995 roku. Przechodząc w Gdańsku ulicą Długą zdecydowałem wejść do pustego sklepu "Jubiler", gdzie nigdy niczego nie kupiłem i nie kupię. Pośrodku stał ś.p. inżynier Gorlik - były asystent prof. Markowskiego, ucieszył się na mój widok i zaczęliśmy rozmowę od zwyczajnego "co słychać?". Za chwilę w otwartych drzwiach sklepu ukazał się Profesor Otto i z uśmiechem zakłopotania poinformował asystenta, że córka jego nie zaliczyła egzaminu z powodu nierozwiązania żadnego z trzech tematów. Chcąc zmienić temat przykry dla asystenta powiedziałem, że Pan Profesor twardo egzekwuje wiedzę w swojej dziedzinie i żeby zagadać sprawę wspomniałem o swoim sukcesie na egzaminie końcowym, podając przy okazji temat egzaminu. Profesor ze zdziwieniem popatrzył na mnie- ponad 70-cio letniego, siwego emeryta i spytał w którym roku to było. Jak odpowiedziałem, że w 1950 wybuchnął niepohamowanym, głośnym śmiechem połączonym ze zdziwieniem, że po tylu latach pamiętam temat egzaminu. Ja z kolei byłem zaskoczony, że Profesor z takim autorytetem, budzący raczej przykre skojarzenia, wybuchnął tak niepohamowanym śmiechem i to w miejscu poblicznym, w towarzystwie przypadkowo spotkanego emeryta, który okazał się jego byłym studentem i w dodatku pamięta temat swojego egzaminu z 1950 roku. Myślę, że stary belfer jeszcze się pośmiał opowiadając o tym spotkaniu swoim przyjaciołom. Ryszard Szabuniweicz

    WŁADYSŁAW BOGUCKI - MÓJ TATA, PROFESOR I SZEF
    Tata był kierownikiem Katedry Konstrukcji Metalowych Politechniki Gdańskiej i w czasie moich studiów, Dziekanem Wydziału Budownictwa Lądowego. Zawsze bardzo wymagający (przede wszystkim od siebie) nie chciał dopuścić do pojawienia się najmniejszego podejrzenia ułatwiania mi sytuacji na Uczelni. Miałam się uczyć, a od Mamy słyszałam przykazanie, że nie wolno mi przynieść wstydu Ojcu.

    Po wielu latach dowiedziałam się o tym, że zabronił Panom Asystentom dy żurującym podczas egzaminu wstępnego, nawet zbliżać się do mnie. Podobno siedziałam z tępą miną nad arkuszem z zadaniami matematycznymi i wyglądało na to, że nie dam sobie rady, więc jeden z Panów pełen obaw "pobiegł" do Taty. Sam zaoferował mi pomoc, gdy Prof. Franciszek Otto poinformował Go, że siedzę na wykładach z geometrii wykreślnej w pierwszejławce i wyglądam tak jakbym nic a nic nie rozumiała.

    Wszelki sprawy w Dziekanacie (a nie było ich wiele) musiałam załatwiać z Prodziekanem Prof. W. Buczkowskim. Pierwszy egzamin z konstrukcji stalowych zdawałam u prof. Smoleńskiego, a kolejny u Taty, ale w towarzystwie Hani Kołakowskiej, Benka Hoffmana i chyba kogoś jeszcze. Wszyscy dostali "bdb", a ja tylko "db" i mnóstwo krytycznych uwag do pracy pisemnej. Gdy skończyłam studia, Tata nie usiłował mnie "dobrze umieścić" i poszłam na staż do wykonastwa (co Mama miała Mu za złe).

    Później pracowałam na Politechnice Gdańskiej. Tata był Rektorem, "trafiło" na rok 1968. Miał moc kłopotów i problemów, ale większości nie "przynosił" do domu . Wiem, że nie wpuścił milicji na teren Politechniki, że "wyciągał" stu dentów z rąk milicji, że ludzie, którzy mieli nawet nieukończone prace dyplomowe (a mieli absolutorium) dostawali z Jego przyzwolenia dyplomy (bo a nuż coś by przeszkodziło).

    Tu taj nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania słów Pani Lubomiry Jankowskiej, wieloletniej protokolantki posiedzeń Senatu P. G. ("pismo P. G." z maja 1998): "Ten mały wzrostem Rektor Uczelni okazał w 1968 roku siłę woli i wielką odwagę cywilną, kiedy w marcu zwołał nadzwyczajne posiedzenie Senatu i wobec zajadle prowadzonej nagonki partyjno-rzadowej przeciwko młodzieży akademickiej, spowodował wydanie niezapomnianej uchwały Senatu, rozpoczynającej się od słów: "Rektor i Senat Politechniki Gdańskiej są dumni ze swojej młodzieży akademickiej". Przypłacił to utratą swego wysokiego stanowiska".

    Tata był też moim Szefem. Wymagającym jak w stosunku do wszystkich pracowników. Najważniejsze były zajęcia ze studentami i godziny konsultacji. Mieliśmy być, a w razie przewidywanej nieobecności załatwić zastępstwo (na biurku był zeszyt zastępstw, w którym dokonywało się odpowiednich wpisów). Na wewnętrznych drzwiach wisiał rozkład zajęć i godzin obecności w Katedrze. Obowiązywała absolutna punktualność. Raz mi się zdarzyło (a był to poniedzia łek), że musiałam załatwić reklamację w sklepie. Sklep otwierano o 11: 00, a ja od 11: 00 powinnam być w Katedrze. Ala Tata zwykle w poniedziałki nie przychodził, więc zaryzykowałam spóźnienie. Był. Poprosił do gabinetu i powiedział: "proszę albo przychodzić punktualnie, albo zmienić godziny na rozkładzie". W Katedrze musiało wszystko "grać". A wymagający Szef, sam lubiący góry, żagle, godził się na nasze wyjazdy na narty zimą, nawet poza okresem ferii. Dzięki wpojonemu nam poczuciu obowiązku i wspaniałej koleżeńskiej atmosferze panującej w Katedrze nigdy nie cierpiały na tym zajęcia dydaktyczne. I tak miało być. (Wanda)

    PROFESOR TEODOR SZAMIN
    Na budowach gdzie przyszło mi stawiać sprężarkownie nigdy nie obyło się bez zmian w dostawach. W Chełmie Lubelskim zmiany urządzeń były tak istotne , że trza było wykonać nowe obliczenia fundamentów przed ich przebudową. Do tych obliczeń /dynamika/zabrałem się zupełnie bez kompleksów uzbrojony w notatki z wykładów prof. Szamina uzupełnionych o nomogramy publikowane w Inżynierii i Budownictwie.

    Podobna sytuacja wystąpiła w sprężarkowni Fabryki Domów w Gdańsku. Tutaj skończyło się na pracy kilku młotów pneumatycznych. Młotami tymi pracowała drużyna OTK w stosunkowo niewielkim obiekcie przekraczając o dziesiątki decybeli wszelkie normy. Chcąc przekazać ich dowódcy pewne uwagi co do dalszej pracy znalazłem go śpiącego na płycie pilśniowej w kącie tejże sprężarkowni. Szanując sen w takich warunkach poleciłem wojsku przerwać prace do czasu kiedy ich dowódca się nie obudzi. Nie wiem ile trwała przerwa w pracy ale od tego czasu nie było najmniejszego problemu z pracą wojska o każdej porze. Tutaj przynajmniej upiekło mi się z dynamiką fundamentów.

    Za to fundamenty pod formy bateryjne dały nam wszystkim ostro w kość i to bynajmniej nie z winy dostaw czyli inwestora. Formy dokładnie zgodne z dokumentacja stały zmontowane na fundamentach , które miały RW ok. 90 a nie 140 jak w projekcie. Kierownikiem budowy był nasz kolega z roku niżej, trochę trudny we współżyciu szczególnie z inspektorami nadzoru, którym z kolei dyrektorował nasz kolega z roku. Inwestor i projektant nie chcieli słyszeć o jakichkolwiek wzmocnieniach - miało być 140. Oznaczało to wykonanie nowych fundamentów. Przedtem jednak należałoby zdemontować formy bateryjne /9*12*3m/dopiero co ustawione przez specjalistów radzieckich i przewidywanych jako pierwsze do rozruchu czyli totalna afera i to w pamiętnym Grudniu.

    Mimoże kierowałem budową sąsiednią i mniej ważną to problem był mi znany i nie obojętny /mimo starć szczególnie o beton/. Napomknąłem, że można by sprawdzić obliczenia fundamentów . Rosjanie podali nam dane form w tym siłę wzbudzającą wibratora. Przed Wigilią obiecałem koledze pomoc. Musiałem posunąć się do drobnej demagogii - założyłem siłę wzbudzającą równą sumie sił wibratorów zamocowanych na formie. Przy takim założeniu zjawisko rezonansu eliminowało fundament chociażby posiadał RW 1400. Po Nowym Roku spotkałem się z projektantem w warszawskim Bistypie. Moje staranne kilkunastostronicowe opracowanie zrobiło na nim wrażenie gdyż były to pierwsze i jedyne obliczenia tych fundamentów. Na całe szczęście wiedzieliśmy o tym tylko my. Rozpoczęliśmy rozmowy o projekcie wzmocnienia fundamentów. Zapytał tylko czy mogę go zweryfikować . Nazwisko prof. Szamina , z którym obliczenia konsultowałem postawiło go na baczność. Profesor wprowadzony dokładnie w całą problematykę konfliktu bez najmniejszego wahania zaproponował spotkanie w Warszawie. Na tym spotkaniu przekonał konstruktora , że te fundamenty wytrzymają nawet bez proponowanych przez wykonawcę wzmocnień. Podpis Profesora wystarczył i oszczędził wiele ton cementu i stali oraz wiele rb. Formy bateryjne już prawie 20 lat pracują bezawaryjnie.

    Zapalając świeczkę lub zmieniając wodę kwiatkom na grobie Profesora zapytuję siebie ile przejąłem Jego wspaniałej cnoty SKROMNOŚCI. (Jurek)

    PROFESOR TADEUSZ KLOCEK
    Nigdy nie byłem wybitnym studentem (chodzi o osiągnięcia naukowe w czasie studiów, a nie rozrywkowe). Tyle było atrakcyjnych zajęć, że bardzo trudno było znaleźć czas na naukę. Stąd część przedmiotów - wg własnej ocenyuznawaliśmy za mniej dla nas w przyszłości ważne, co było doskonałym pretekstem do "lekkiego" traktowania przedmiotu. Ponieważ w czasie kiedy prof. Klocek wykładał "mosty stalowe", już wie działem, że sekcja komunikacji miejskiej to moja specjalizacja, więc przedmiot "mosty stalowe" wydawał mi się mało ważny. Profesor Klocek 7-krotnie słuchał z kamienną twarzą moich "wypowiedzi" w czasie egzaminu z tego przedmiotu. Mogę powiedzieć, iż nie wykazywał specjalnego zdenerwowania, tylko się dziwił, jak zaglądał do indeksu i stwijerdził, iż z przedmiotów pokrewnych, które powinny potwierdzać całkowity mój brak wiedzy, mam "czwórki" mimo, iż nigdy nie byłem przodującym studentem. Ze stoickim spokojem prof. Klocek wyznaczał mi kolejne terminy egzaminu. W czasie 7-go egzaminu nie popisałem się znowu wiedzą, a prof. Klocek stwierdził, iż nie ma do mnie zdrowia a mostów stalowych i tak nie będę budował, więc poprosił mnie o indeks i w czasie wpisywania mi "trójki" kazał zawołać ostatniego tego dnia kolegę na egzamin. Zawołałem Mietka Mikuckiego, a prof. Klocek patrząc na niego z za okularów spytał: "czy Pan się uczył?", na co Mietek: "Tak, z kolegą" pokazując na mnie. Profesor Klocek złapał się obydwoma rękami za głowę (ze zgrozą) mówiąc "Daj Pan indeks" i w ten sposób zdałem egzamin z mostów stalowych również za Mietka Mikuckiego. W ubiegłym roku będąc dyrektorem Wydziału Komunikacji Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku - przy okazji wykonywanej na potrzeby Wydziału ekspertyzy przez prof. Klocka - opowiedziałem tą "historię" na koniec narady. Po naradzie Profesor (stale czynny zawodowo) spytał, "Czy Pan ma do mnie żal". Odpowiedziałem: "Oczywiście nie, jest to jeden z niewielu egzaminów, które szczególnie utkwiły mi w pamięci". (Jurek)

    JAN SICZEK
    To, że wswoim fachu coś znaczę, jest z całą pewnością ogromną zasługą Ma gistra Inżyniera Jana Siczka - mego promotora ipierwszego Szefa wZespole Studiów Komunikacyjnych Wojewódzkiej Pracowni Urbanistycznej. Jan Siczek człowiek niezwykle skromny, nie umiejący się reklamować, ukierunkował wielu swych wychowanków do dalszej pracy zawodowej. Można było zawsze pójść do Niego po radę, której nigdy nie odmówił. Niewielu znas wiedziało, iż wlatach 60tych, kiedy zaczynaliśmy pracę zawodową, Jan Siczek był zaliczany do wąskiej, kilkuosobowej grupy czołowych specjalistów polskich w zakresie planowania komunikacyjnego.
    To pod jego kierunkiem wZespole Studiów Komunikacyjnych wykonywałem pierwszą waglomeracji gdańskiej prog nozę ruchu ipod jego kierunkiem rozszerzałem swą wiedzę zinżynierii ruchu. Był taki miły zwyczaj, iż Jego dyplomanci przychodzili w Sylwestra z szampanem i mile wspominaliśmy czasy studenckie. Niestety czas biegnie, a mój wychowawca zmarł wpołowie lat 80-tych, po długiej chorobie. (Jurek)

    Wspomnienia i refleksje o Profesorze Tadeuszu Rubczaku - fragment.
    Pierwsze zajęcia z profesorem Rubczakiem miałem w siódmym semestrze roku akademickiego 1958/59, choć już wcześniej, bo w szóstym semestrze, przedmiot "Drogi Żelazne" z prof. Witoldem Gintyłło prowadzony był w Katedrze Dróg Żelaznych, której Kierownikiem był Profesor Tadeusz Rubczak. Stwarzało to możliwość pierwszych kontaktów z Profesorem. Bywało, że w czasie przerw w zajęciach Profesor wypytywał nas o opinie czy to o operach i baletach wystawianych w teatrze Wybrzeże, czy o filmach jakie można było oglądać w kinach Trójmiasta, czy wreszcie o imprezach sportowych. Trzeba więc było na bieżąco "ukulturalniać" się, aby się nie kompromitować przed Profesorem. Trzeba też było umieć dobierać odpowiedni repertuar określeń, aby opinie te odpowiednio wyrazić.

    Profesor był osobowością, która w sposób szczególny umiała topić lody, usuwać bariery oraz likwidować dystans jaki dzielił studenta od profesorów. Potrafił bardzo zręcznie "wyspowiadać" każdego z nasze wszystkich naszych "grzeszków", zachcianek, sympatii, oczekiwań i poglądów, wyrażając przy tym w sposób bardzo dyplomatyczny swoje opinie na różne tematy. Często miało to formę żartów, półsłówek lub mądrości płynącej z ludowych przysłów i powiedzonek. Do dziś pamiętam usłyszane z ust Profesora powiedzonka: "zły woźnica najlepsze konie znarowi", "łuk mocno napięty pęka", "jedna pszczoła niewiele miodu nazbiera", "czasem lekarstwo bywa gorsze od choroby" czy "każda baba z natury jest uparta". Profesor zdecydowanie stawiał na wyrobienie umiejętności samodzielnego myślenia przez swoich studentów i był wrogiem wkuwania materiału na pamięć czy wyprowadzania tasiemcowych wzorów. Zasadą było wiedzieć gdzie trzeba czego szukać , jeżeli będzie taka potrzeba - "od tego są różnego rodzaju tablice i podręczniki, za które autorzy wzięli już niemałe pieniądze". Nasze życie osobiste też było często przedmiotem zainteresowań Profesora. Przejawiało się to między innymi w pytaniach co jemy w stołówkach akademickich, jak gospodarujemy pieniędzmi na nasze codzienne bytowanie, jakie mamy wrażenia i jak się czujemy po pracy na nocnych zmianach w porcie, jak zagrała "Lechia" w ostatnim meczu i tak dalej. Również w sferze uczuć potrafił być doradcą i pocieszycielem. Pamiętam taką sympatyczną rozmowę, kiedy byłem bardzo zmartwiony i przygnębiony operacją, po pękniętym wrzodzie żołądka, mojej sympatii Krysi Bętkowskiej, którą Profesor nazywał "Trzcinką" z uwagi na Jej posturę. Rozmowa była nie tylko pocieszeniem ale utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze.

    Profesor był człowiekiem bardzo wyrozumiałym. Na wykłady z "Dróg żelaznych" oraz "Organizacji, planowania i kosztorysowania robót komunikacyjnych" w miarę regularnie uczęszczali: Staszek Oskroba, ś.p. Zbyszek Prabucki, Lucuś Potrzebowski, Tereska Żubka i ja. Były to wykłady często przeplatane różnymi dykteryjkami i radami na przyszłość jeżeli chodzi o sprawy zawodowe. Wykłady odbywały się w ogromnej "Hali Kolejnictwa". Garstkę słuchaczy widać było jak na dłoni. Zapamiętałem incydent, kiedy na wykładzie, po nieprzespanej nocy (nocna podróż z Białegostoku albo praca w porcie), po prostu zasnąłem. Staszek, a może Lucek mnie budzi i wtedy słyszę słowa Profesora: - "Nie budźcie go, niech podrzemie, napewno jest zmęczony, ważne że miał poczucie obowiązku i przyszedł na wykład". W 1960 roku Profesor przeszedł operację usunięcia kamieni nerkowych. Podczas odwiedzin w szpitalu zwierzył mi się, że ma też kłopoty z sercem. Po wyjściu ze szpitala pisał w liście z 27 lipca 1960r., który otrzymałem na naszym obozie wojskowym w Stargardzie Szczecińskim:

    "Kochany Panie Jurku! Bardzo dziękuję Kochanemu Panu za pamięć i troskę o mnie nawet w ciężkich warunkach służby wojskowej. Ja wyszedłem z Kliniki 2 lipca, ale już 7-go dostałem znowu 40 stopni gorączki. Nie wróciłem jednak do kliniki i leczyłem się już w domu, co prawda z dużym nakładem finansowym, ale już nie w atmosferze szpitalnej. Być może, że lepsza atmosfera lepiej wpływała na przebieg leczenia i dzięki temu już 21 lipca wyszedłem pierwszy raz do zajęć (w Biurze Projektów) a 25 byłem po raz pierwszy na Politechnice. Obecnie będę chodził od czasu do czasu na Politechnikę na 2 - 3 godziny. Na razie nie wybieram się na żadne leczenie, bo nie czuję się jeszcze dość mocno. Nie wiem czy Panu mówiłem, że straciłem 9 kg żywej wagi. Dzięki troskliwości mej Małżonki odrabiam poniesioną stratę, ale jednak ze siłami nie idzie tak szybko, chociaż z dnia na dzień czuję się lapiej. Również i moja dobra Małżonka zaczyna powoli przychodzić do siebie, moje tempo jest jednak szybsze. Sądzę, że już wnet się zobaczymy i że Pan po zameldowaniu się w Gdyni zechce i nas odwiedzić, czemu obydwoje będziemy bardzo radzi. Kończąc przesyłam Kochanemu Panu wiele serdeczności, dla kolegów pozdrowienia T. Rubczak Z listu Pańskiego nie wynika czy Pan już szarżą, czy nie. Na wszelki wypadek składam Panu serdeczne gratulacje."

    Podczas pracy dyplomowej, jaką wraz ze Staszkiem Oskrobą wykonywaliśmy w sali Katedry w miarę solidnie i szybko, Profesor często zaglądał do nas i odprężał nas swym humorem. Również podczas egzaminu magisterskiego Profesor tryskał humorem i wszystko wskazywało na to, że czuje się czuje się już dobrze. Po dyplomie, dzięki profesorowi otrzymałem bardzo intratną posadę w "Prozamecie", choć Profesor nigdy nie dał mi do zrozumienia, że to z jego poręki dostałem tą posadę, ale jestem przekonany, że tak było. W połowie 1961 roku przeniosłem się do Białegostoku jednak przyjacielska więź z Profesorem w dalszym ciągu trwała. Ostatnie moje spotkanie z profesorem odbyło się w styczniu 1963 roku. Przedstawiłem wtedy Profesorowi Ewę, moją obecną małżonkę. Przypadła do gusty profesorowi i wyraził aprobatę na nasz ślub, udzielając nam swoistego błogosławieństwa. Również żona moja do dziś zachowuje ciepłe wspomnienie tego spotkania z przed 37 lat.

    W połowie listopada 1964 roku otrzymałem wiadomość o nagłej śmierci Profesora. Była to jedna z najbardziej bolesnych chwil mojego życia. 20 listopada 1964 roku pożegnałem wspaniałego Człowieka, Wychowawcę i Przyjaciela, o którym pamięć będzie zawsze żywa do końca mojego życia. Uzyskane od Profesora nauki i rady przekazuję dzisiaj mojemu synowi, absolwentowi Wydziału Elektroniki PG. W odniesieniu do osoby Profesora wyjątkowo prawdziwie brzmią słowa Adama Asnyka - "Są fakty i ludzie, którzy wchodzą w pamięć i na zawsze w niej pozostają"

    Jurek Kuźmiński
    Białystok, w maju 2000 roku


    Profesor Władysław Wędziński
    Na prośbę Leszka Rościszewskiego wzięłam udział w sesji popularnonaukowej związanej z nadaniem Regionalnej Pracowni Krajoznawczej PTTK w Gdańsku imienia Profesora Władysława Wędzińskiego. Profesor uczył nas, studentów Wydziału Budownictwa Lądowego, na ósmym i dziewiątym semestrze przedmiotu "Fundamentowanie". Zapamiętaliśmy Profesora jako wymagającego nauczyciela i bardzo skromnego człowieka. Nie znaliśmy jego pasji pozanaukowych. Dopiero teraz ......

    Sesja odbyła się w dniu 30 maja 2001 roku w Sali Historii i Tradycji PTTK w Gdańsku przy ul. Ogarnej 72, a zorganizowana została przez regionalną pracownię Krajoznawczą PTTK, Wydawnictwo Pomorskie RPK PTTK, Wojewódzką Komisję Historii i Tradycji PTTK oraz Oddział Gdański Stowarzyszenia Autorów Polskich.

    Sesji przewodniczył redaktor Edwin Franciszek Kozłowski, który przybliżył obecnym sylwetkę Profesora - naukowca, nauczyciela akademickiego, pisarza i działacza.

    Profesor urodził się 29 grudnia 1914r. w Piotrogrodzie (Petersburgu) w rodzinie inteligenckiej. W 1939 roku ukończył Politechnikę Warszawską - Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej jako specjalista budownictwa wodnego i melioracji. Pracę w Gdańsku rozpoczął w 1945 roku w Biurze Odbudowy Portów i w Gdańskim Urzędzie Morskim na stanowisku inspektora technicznego. W miesiącu lutym 1948 roku podejmuje pracę na Politechnice Gdańskiej, której był wierny aż do przejścia na emeryturę w 1985 roku. W 1955r. zostaje docentem, a w 1969r. uzyskuje tytuł profesora nadzwyczajnego. Był przez wiele lat członkiem Senaty Politechniki Gdańskiej, wieloletnim prodziekanem i dziekanem Wydziału Budownictwa Wodnego PG. Przez dwie kadencje pełnił funkcję Prorektora ds. młodzieży. W tym czasie publikuje 43 naukowe publikacje oparte na własnych badaniach gruntów i gleb Żuław Wiślanych oraz ochroną środowiska. To pociąga za sobą liczne promotorstwa. We wszystkich placówkach związanych gospodarką morską znajdują się liczne zastępy wykształconych przez Profesora pracowników nauki i gospodarki.

    W latach 80-tych Profesor przebywał w Stanach Zjednoczonych. Prowadził wykłady, wygłaszał liczne odczyty oraz uczestniczył w dyskusjach w regionalnych towarzystwach naukowych. W 1982 r otrzymuje Medal "Zasłużonych Ziemi Gdańskiej" a w 1984 medal Komisji Edukacji Narodowej.

    Przez wiele lat zasiadał w Polskiej Akademii Nauk jako członek Komisji Melioracji. Działał także aktywnie w NOT, Lidze Ochrony Przyrody i w PTTK. Do jego umiłowanych zainteresowań należało żeglarstwo morskie, turystyka nizinna i górska, fotografika i czynne narciarstwo.

    W PTTK Profesor pełnił liczne funkcje, był także prelegentem i wykładowcą na kursach i sesjach z zakresu krajoznawstwa i ochrony przyrody. Regionalna Pracownia Krajoznawcza PTTK zawsze mogła liczyć na jego wsparcie, dobrą radę i pomoc w różnych sprawach. Od 1969 roku działał w Radzie Programowej RPK PTTK a cztery lata później objął jej przewodnictwo. Wspierał środowisko turystyczno-krajoznawcze jako członek Komisji Sportu i Turystyki oraz Komisji Ochrony Przyrody WRN w Gdańsku. Także na Politechnice Gdańskiej Profesor tworzył, organizował a także prowadził wykłady na Studium Podyplomowym w zakresie kształtowania i ochrony środowiska. Dzięki niemu problematyka ochrony środowiska została na stałe umieszczona w programach nauczania na Politechnice Gdańskiej.

    Zmarł nagle w pełni sił twórczych i aktywności społecznej w dniu 14 maja 1994 roku w swoim domu przy ulicy Gomółki w Gdańsku. Spoczął w kwaterze zasłużonych naukowców Politechniki Gdańskiej na Cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku-Wrzeszczu.

    Honorowym gościem uroczystej sesji była młodsza córka Profesora Barbara Wędzińska-Jasieńska, która przekazała portret olejny profesora namalowany przez żonę Profesora artystkę plastyka Annę Wędzińską. Portret znalazł godne miejsce na ścianie Sali Historii i Tradycji PTTK. Na zdjęciu obok - pod portretem Profesora siedzą: córka Barbara, stoją; autorka tej relacji Jadzia Duszyńska-Zaniewicz i prowadzący sesję Redaktor Edwin Kozłowski.

    Pani Barbara Wędzińska-Jasieńska w swej wypowiedzi podkreśliła między innymi swoje silne związki uczuciowe z ojcem oraz zainteresowanie turystyką, przejęte od ojca. Po zakończeniu sesji uczestnicy udali się na Cmentarz Srebrzysko by na grobie Profesora złożyć wiązanki kwiatów.

    Posiadam do dzisiaj zeszyt z "Fundamentowania", którego to przedmiotu uczuł nas Profesor w 1958 roku. Zeszyt ten jeszcze na studiach pożyczyłam Celkowi Nocuniowi, który oddał mi go po 42 latach na naszym Zjeździe w Sasinie. Na okładce zeszytu napisał: - "Kochana Jadziu wybacz, że tak późno zwracam Ci pożyczony zeszyt do egzaminu, ale często do niego zaglądałem - Celestyn. Sasino 02.06.2000r."

    Gdy teraz przeglądam moje notatki, to tylko potwierdzam jak wiele wiedzy, którą przekazywał nam Profesor, było podstawą do rzetelnego wykonywania zawodu budowlańca i za to jestem Profesorowi Wędzińskiemu wdzięczna.

    Jadwiga Duszyńska - Zaniewicz


    Profesor Stanisław Błaszkowiak

    Powiedzonka Profesora:

    NA KULI ZIEMSKIEJ
    MUSI BYC ZERO!!!

    Jak Wysiatycki nie zauważył
    - to tu błędu ni ma.

    Ile on hektarów lasów wytnie?!

    Wariat!

    Co Pan wie o przeprawie przez Wisłę?
    (konkurs na Most Łazienkowski)

    ZA MAŁO MIĘSA!

    BAŁA!
    Chodź pan tu - CO ON TU NAROBIŁ?

    Klocek
    - po książkę!

    CO TYN DIABEŁ TU ROBI??
    (o elemencie węzła konstrukcyjnego)

    TU JEST PRZYSMARKANE
    TU SIĘ GIBNIE!

    CO ON IM MÓWI!?
    (o wykładzie Klocka)

    MAGDA!
    nastaw kartofle - za 20 minut będę w domu.

    To oni znają Galerkina?
    Idiota!