powrót do strony głównej

  WSPOMNIENIE - WOJTEK KONIECZNY
(zm. 22 czerwca 1992r.)

Życie ułożyło się tak, że pomimo ukończenia zupełnie innych uczelni, mieliśmy z Wojtkiem początkowo bardzo podobny przebieg pracy zawodowej a od roku 1974 pracowaliśmy już przeważnie razem. Wojtek rozpoczął pracę zawodową w bydgoskiej "przemysłówce" w roku 1961, w której ja kończyłem wtedy roczny staż pracy. Był to okres, w którym doświadczona kadra dyrektorska, bezpartyjnych przedwojennych absolwentów polskich uczelni technicznych, postanowiła zdecydowanie wprowadzić do firmy, w ciągu krótkiego czasu, ponad 25 absolwentów politechnik, i powoli wymienić, dość liczną na budowach, grupę kierowników budów z tzw. awansu społecznego. Pomimo dużego rozrzutu budów na terenie Pomorza i Kujaw, ta młoda kadra inżynierska szybko nawiązała z sobą kontakty, szczególnie poprzez dobrze działający w firmie Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa oraz na licznych kursach dokształcających i często organizowanych w tych czasach kursokonferencjach.

Wojtek rozpoczął pracę od stażu, jako inżynier budowy na budowie "Elany" w Toruniu, gdzie w ciągu zaledwie 3, 5 roku, w roku 1964 osiągnął zamierzony przez siebie i dyrekcję cel, zostając kierownikiem budowy w generalnym wykonawstwie tej olbrzymiej inwestycji. Do 1974 roku Wojtek kierował budową i przekazywał do eksploatacji: kolejne etapu Zakładów Włókien Sztucznych "Elana", Zajezdnię Samochodową "Transbud" w Toruniu oraz Rozlewnię Gazu Płynnego w Rypinie.

Od stycznia 1974 roku, kiedy zakończone zostały na "Elanie" podstawowe obiekty tzw. II etapu oraz oddany został I etap budowy Miasteczka Uniwersy teckiego w Toruniu --połączono prowadzone przez nas budowy i powołano Zarząd Budowlany bydgoskiej "przemysłówki" w Toruniu, którego dyrektorem został Wojtek a ja Jego zastępcą. Był to przełom w naszymżyciu nie tylko zawodowym. Szybko znaleźliśmy wspólny język i Wojtek był od tego czasu przeważnie "pierwszym po Bogu" a ja "wiecznie drugi". Tworzyliśmy niezwykle silny duet, w którym role były podzielone odpowiednio do naszych charakterów. Wojtek - energiczny, przebojowy, nieustępliwy realizował powierzane mu zamierze nia budowlane, które od podstaw w sposób wyniesiony z rodzinnego zamiłowania do "poznańskiego porządku" były przeze mnie przygotowywane, wynegocjowane a po wspólnej dyskusji konsekwentnie realizowane. Ten duet lub jak kto woli "wioślarski debel" - "Twardego Kaszuba" jak nazywano Wojtka i "Spokojnego Poznaniaka" jak mnie określano zaowocował realizacją wielu inwestycji, z których najważniejsze to: II etap Rozbudowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Zakład Wielkowymiarowych Konstrukcji z Drewna w Cierpicach k/Torunia, Ujęcie Wody na rz. Drwęcy dla m. Torunia i wstępne prace na WSC "Mątwy II". W listopadzie 1976 roku Wojtek obejmuje stanowisko Dyrektora Generalnego Wykonawstwa Wielkiej Budowy "Wytwórni Sody Ciężkiej" w Mątwach k/Inowrocławia. Jest to chyba najważniejsza budowa w zawodowymżyciorysie Wojtka. Przez trzy lata poświęca tej budowie cały swój czas i energię. Pracuje średnio 12 a często przeszło 14 godzin dziennie. Budowa prowadzona jest na podstawie kontraktu polsko - francuskiego. Mimo, że językiem kontraktowym jest język niemiecki Wojtek w krótkim czasie opanował biegle język francuski. Owocowało to podczas naszych pobytów we Francji w okresie opracowania i uzgadniania dokumentacji, a także później w czasie realizacji kontraktu nadzorowanego przez zespół inżynierów francusko - niemieckich. Bardzo polubił Francję jako kraj, nawiązał liczne kontakty koleżeńskie z Francuzami i stał się wielkim smakoszem win francuskich. Zawsze lubił wino, unikał i nie znosił pijaństwa mocnymi trunkami.

Pod koniec 1979 roku wyjechaliśmy na budowę rurociągu do Nowopołocka. Wykonywaliśmy wszystkie obiekty kubaturowe na ropociągu Andreapol - Nowo połock. Wojtek był szefem zarządu robót a ja Jego zastępcą. W latach 1983 - 1987 pracowaliśmy w różnych firmach. Wojtek w "Interbudzie" w Bydgoszczy (eksport budownictwa do Niemiec, Czechosłowacji, Litwy i Rosji) , a mnie losy skierowały do toruńskiej "przemysłówki", która wspólnie z "Interbudem" realizowała inwestycje w Niemczech. Te wspólne kontakty spowodowały powrót do wspomnianego wyżej duetu kaszubsko - poznańskiego. Ostatnim efektem naszej współpracy była, zrealizowana z powodzeniem, rozbudowa i remont Portu Morskiego w Rostocku w latach 1987 - 1991, której byłem kierownikiem podlegającym bezpośrednio Wojtkowi jako z-cy dyrektora ds. technicznych w "Interbudzie". Budowa ta była realizowana w czasach wielkich zmian na terenie Niemiec począwszy od unii walutowej RFN - NRD, poprzez Zjednoczenie Niemiec i dalszej pracy w zupełnie nowych wolnorynkowych warunkach.

Jak już wspomniałem, na niwie opisanej wyżej pracy zawodowej, nastąpiło wzajemne poznanie, zawiązała się trwała przyjaźń, nawiązanie kontaktów rodzinnych, towarzyskich jak i chęć wspólnego spędzania wolnego od tej pracy czasu. Trzy elementyżycia zaważyły na pogłębieniu tej przyjaźni. Były to: wspólne spędzanie zimowych (narty) i letnich (lasy i jeziora) urlopów, sport (siatkówka, pływanie, narciarstwo biegowe) oraz 2-letni wspólny pobyt poza krajem, w trudnych warunkach klimatu i pracy, na budowie ropociągu przebiegającego przez tereny dzisiejszej Rosji i Białorusi. Tam z dala od rodzin, prawie cały nasz wolny czas spędzaliśmy razem - latem nad jeziorami a zimą na nartach biego wych. Wojtek mawiał w zależności od pory roku, że . "dzień bez pływania lub bez nart - to dzień stracony". Latem potrafiliśmy regularnie, codziennie po powrocie z pracy (średnio o godzinie 19: 00 a nawet później) przebierać się w dresy i marszobiegiem biec przez lasy na odległe o 3 km od naszego domu jezioro i pływać, pływać, pływać. Latem słońce zachodziło tam około godz. 22: 30 - dokuczały tylko komary. Po wyjściu z wody nasze wycieranie się i ubieranie wyglądało jak taniec nażarze ogniska. Zimą natomiast, kiedy ciemności zapadały już około godz. 15-tej - wieczorami przemierzaliśmy na biegówkach kilometry wzdłuż oświetlonej linii tramwajowej obok osiedla na którym razem mieszkaliśmy w Nowopołocku. Był też czas wolny, który dzieliliśmy oddzielnie - Wojtek poświęcał go na wielkie hobby, którym były bezkrwawe polowania na zwierzynę przy pomocy aparatu fotograficznego a ja na rzeźbę w drewnie. Jadąc na kilkudniową kontrolę budów rozciągniętych wzdłuż budowanego ropociągu na długości 400 km (Nowopołock - Newel - Wielkie Luki - Andreapol) ) Wojtek zawsze zabierał ze sobą aparat fotograficzny. Rychło rano, przed rozpoczęciem pracy, potrafił udać się do lasu z nadzieją, że coś "upoluje", ale też dla nabra nia sił do ciężkich zmagań w ciągu dnia pracy. Po jej zakończeniu, tuż przed zachodem słońca z nadzieją sfotografowaniałosia albo upragnionego niedźwiedzia (w Andreapolu bywały przypadki spotkania niedźwiedzia przy budowanej przez nas stacji pomp) , udawał się ponownie do lasu gdzie rozładowywał całodzienny stres z pełnienia trudnej dyrektorskiej funkcji w niezbyt przychylnej atmosferze i stałych utarczkach z nadzorem rosyjskim jak i naszymi zleceniodawcami z "Energopolu".

Wypełnianie przez Wojtka tej dyrektorskiej funkcji na budowie zagranicznej, na której "Interbud" zatrudniał ponad 1000 pracowników, sprowadzanie z kraju materiałów, wyrobów i sprzętu, wymagało ogromnego samozaparcia, silnej woli, hartu ducha, niezwykle konsekwentnego dążenia do wytyczonego celu jak i nieustępliwości wobec partnerów na budowach. Wymienione wyżej cechy charakteryzowały osobowość Wojtka, wyrabiały szacunek u partnerów a przede wszystkim niekwestionowany autorytet przywódcy wśród podległej mu załogi. Posiadał Wojtek dużą umiejętność współpracy z podlegającymi mu pracownikami szczególnie z kadrą inżynieryjno-techniczną. Przytoczę tutaj sławne powiedzenie Wojtka "KOLEDZY, MAMY TO UZGODNIONE" - zdanie to oznacza ło praktycznie polecenie wykonania określonej pracy lub zadania. Nigdy nie stawiał sprawy na ostrzu noża, wydając podległemu sobie pracownikowi polecenie takiego a nie innego sposobu wykonania. Podchodził do problemu z własną, lub przedyskutowaną z najbliższymi współpracownikami, wizją wykonania - przed stawiał ja zainteresowanym - wysłuchał uważnie ewentualnego sprzeciwu, po czym ponownie przedstawiał swoją wizję i zamykał dalsza dyskusję zdaniem - "KOLEDZY, MAMY TO UZGODNIONE" co najwyżej powtórzył je jeszcze 2 razy, popatrzył na twarze zainteresowanych i koniec. Przez kilka lat mojej bliskiej współpracy znam tylko jeden przypadek kiedy kierownik budowy, zresztą zaprzyjaźniony z Wojtkiem, odpowiedział: "NIE KOLEDZY, TO NIE JEST UZGODNIONE", iże on będzie realizował swoją budowę według własnego planu. W krótkim czasie drogi zawodowe tych dwóch dobrych kolegów rozeszły się, kierownik ten przeszedł do innego pracodawcy, co nie zerwało kontaktów koleżeńskich. Po kilku latach kierownik ten przeszedł do pracy w "Interbudzie" i podlegając ponownie Wojtkowi zrealizował szereg odpowiedzialnych i trudnych kontraktów na rynku niemieckim.

Praca zawodowa w bezpośrednim wykonawstwie, jaka stała się naszym udziałem, była pracą trudną, wymagającą zarówno wysiłku umysłowego jak i fizycznego (nadzorowanie pracy na dużych budowach, długotrwałe podróże samochodowe) a często pomimo piastowania wysokiego stanowiska sprowadzała się do roli gońca (brak było wówczas bezprzewodowejłączności telefonicznej) , ale szczególnie wymagała szalonego, niewymiernego zaangażowania czasowego. Z drugiej strony dawała olbrzymią satysfakcję, której nie posiada wiele zawodów a mianowicie widoczny, namacalny efekt tej pracy, w postaci wybudowanego obiektu, który zaczynałżyć. I to chyba nas przy tej pracy trzymało, usprawiedliwiało wielogodzinne zaangażowanie (powroty do domu średnio godz. 19: 00 - 20: : 00) przy niewspółmiernych do tej pracy zarobkach.

Jest jeszcze jeden aspekt naszej przyjaźni z Wojtkiem, aspekt dobrze znany naszym rówieśnikom, zupełnie obcy dzisiejszemu pokoleniu inżynierów - jest to aspekt polityczny. Wszystkie odpowiedzialne stanowiska pracy obsadzane były przez wszechrządzącą PZPR i wymagającą od ludzi je zajmujących przynależności do partii. Doceniając osobistą wolność i niezależność oraz wartość rzetelnej pracy inżynierskiej, nigdy nie zapisaliśmy się dożadnej partii. Tylko nasi rówieśnicy mogą sobie wyobrazić jaki napór był wywierany na nas, aby wstąpić do partii, skoro każdy z nas pełnił wymienione na wstępie funkcje zawodowe. Różne "kacyki" partyjne nie zgadzały się z naszą nieustępliwością, wnioskowały o zdjęcie ze stanowiska, warunkowały pracę na wyższych stanowiskach wstąpieniem do partii, ukończeniem modnego wówczas Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu - Leninizmu. Najbardziej jednak wściekał ich brak możliwości zastosowania środka przymusu tzw. polecenia partyjnego.

Wojtek był odznaczony 3 krotnie. Srebrnym Krzyżem Zasługi w r. 1971, Złotym Krzyżem Zasługi w roku 1976 i Krzyżem Kawalerskim w r. 1982. Owiadczy to wyraźnie o Jego nieprzeciętnych osiągnięciach zawodowych. Wojtek był przede wszystkim inżynierem oddanym bezgranicznie pracy, której się podejmował. Unikający i stojący z boku od różnych układów, był człowiekiem niezwykle prawym. Był patriotą, który codzienną nadzwyczaj rzetelną pracą świadczył o przywiązaniu do tej prawdziwej, tradycyjnej Polski wolnej od niszczących ją układów politycznych. Bezgranicznie kochał ojczystą przyrodę - góry, lasy i jeziora, bezkrwawełowy teleobiektywem. W doskonałości przyrody odkrywał i fascynował się dziełem Stwórcy. Drugą pasja Wojtka poza pracą zawodową był sport. Po rozpoczęciu pracy zawodowej w Toruniu uprawiał wioślarstwo w K. S. "Budowlani", jednak odległość przystani od centrum Torunia zabierała zbyt wiele czasu na dojazdy i przy tak intensywnej pracy zawodowej musiał zrezygnować z tej dyscypliny. Wówczas to w zawodowym gronie toruńskim zorganizowaliśmy zespół siatkówki i zespół pływacki, na treningach których spędzaliśmy co najmniej dwa wieczory w tygodniu. Zimą regularnie jeździliśmy w góry na narty a latem nad jeziora w Bory Tucholskie. Właściwie stale szukaliśmy możliwości uprawiania sportu, który byłby szybko iłatwo dostępny i aby wolne od pracy dni móc spędzać w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zespołowe sporty zostały wykluczone, gdyż wymagały regularnych spotkań w grupach. Dlatego latem sportem podstawowym było pływanie (bardzo często bez względu na pogodę) a zimą narty. Zimy białorusko - rosyjskie, które spędzaliśmy w latach 1981 i 1982 zafascynowały nas narciarstwem biegowym, które zaczęliśmy cenić wyżej od narciarstwa zjazdowego. Sprawdzianem naszej formy było wielokrotne uczestnictwo w długodystansowych biegach narciarskich w latach 1984 - 1992. Wojtek uczestniczył 3 - krotnie w największej amatorskiej narciarskiej impre zie na świecie tj. w Biegu Wazów w Szwecji na dystansie 90 km z Salem do Mora, w której bierze udział przeciętnie 12 tysięcy uczestników. Pierwszy start w tej imprezie nie zakończył się dla Wojtka powodzeniem. Na stromym podejściu zaledwie kilka kilometrów od startu Wojtekłamie nartę. Przypadkowy kibic - Szwed oddaje Mu swoje buty i narty - Wojtek wciska się w zbyt ciasne obuwie i biegnie dalej. Na drugim punkcieżywieniowo - kontrolnym, mniej więcej w połowie trasy, po przebiegnięciu 50 km komisja sędziowska dyskwalifikuje Wojtka za to, że nie biegnie na nartach ostemplowanych na starcie. Mówił mi, że chciało mu się płakać, lecz po zdjęciu butów Szweda nie poznał swoich stóp (krwawe pęcherze) , więc może ta przykra dyskwalifikacja nie poszła na marne. Po roku i po 2-ch latach od tego biegu Wojtek dwukrotnie kończy jako jedyny z 2-ch startujących Polaków ten morderczy bieg. Osobiście nie biegałem w Biegu Wazów, natomiast 7-krotnie brałem udział w Biegu Piastów w Jakuszycach na dystansie 50 km. Wojtek biegał ze mną w tym biegu 3-krotnie i tutaj nie zawsze byłem "wiecznie drugi". Nikt nic nie mówił, ale cicha rywalizacja, jak to w sporcie bywa, istniała. Wzajemne spojrzenie w oczy przyjaciela i znaczący uśmiech wyrażały kto był lepszy. Pamiętny jest dla mnie Bieg Piastów w r. 1992 - wystartowaliśmy razem na dystansie 50 kmdobrze mi się biegło i byłem przed Wojtkiem o kilka minut. Na jednym z podejść na 10 km naderwałem mięsień w pachwinie. Każdy krok stwarzał dokuczliwy ból. Doczłapałem się jakoś do pierwszego punktu kontrolnego - Wojtek mnie w tym czasie dogonił i powiedziałem Mu, że skracam trasę i przechodzę na 25 km. Wojtek pobiegł dalej 50tkę i na mecie czekał już na mnie (pomimo tej różnicy dystansów) . Jak mnie zobaczył "człapiącego" na mecie, podbiegł do mnie, uściskaliśmy się i pierwszy, również jedyny raz widziałem jak ten twardziel Wojtek płakał. To były łzy żalu i radości. Miał wyrzuty i żal do siebie, że zostawił mnie na trasie i cieszył się jednocześnie, że dotarłem do mety. To są właśnie niewymierne oznaki prawdziwej przyjaźni.

Istniała też i istnieje nadal z synami Wojtka, przyjaźń naszych rodzin. Zawiązała się ona poprzez wspólne urlopy w ośrodkach bydgoskiej "przemysłówki" w Tleniu i w Drzewiczu w Borach Tucholskich i w Zakopanem. Mirka żona Wojtka, z którą wziął ślub w r. 1964, była z zawodu technikiem budowlanym i pracowała razem z mężem na wielu budowach. Rano 22 czerwca 1992 roku jechaliśmy jak zwykle, z Wojtkiem i jeszcze jednym kolegą, rano do pracy w Bydgoszczy. Potem około 11-tej Wojtek wyjechał do Torunia. Omówiliśmy szczegóły mojego powrotu do domu. Nigdy nie przypuszczałem, że widzimy się ostatni raz. Nie jestem w stanie opisywać szczegółów tragicznego wydarzenia z wieczora 22 czerwca 1992 r. kiedy oboje zostali w bestialski sposób zamordowani. Mam przekonanie, że w tych niezwykle trudnych 12 dniach od ich śmierci do pogrzebu, dałem z siebie wszystko aby doprowadzić do wyjaśnienia okoliczności tragedii, a przede wszystkim do odnalezienia ciał Wojtka i Mirki oraz doprowadzić do godnego ich pogrzebu. W tych dniach bardzo zbliżyliśmy się wzajemnie ze starszym synem Wojtka - Krzyszto fem, z którym przez cały okres poszukiwań i dochodzenia byliśmy stale razem. Zabrakło Wojtka w "Interbudzie" w Bydgoszczy, gronu kolegów i współpracowników związanych z tą firmą, pewności godnej pracy, zabrakło synom Rodziców i wnukom Dziadków. Zabrakło też Rogerowi - Wojtka. Dzisiaj kiedy samotnie pływam po jeziorach lub biegnę przez odludzia na nartach, wydaje mi się czasami, że Wojtek jest stale gdzieś obok mnie, przede mną lub za mną. Wspomnienie wspólnych zmagań zawodowych i sportowych pozwala mi też łatwiej psychicznie znosić pięcioletnią walkę z ciężką chorobą.

Roger