powrót do strony głównej

  WSPOMNIENIE - ZBYSZEK OSTROWSKI
(zm. 1 marca 2001 r.)

Zadzwonił do mnie Leszek z propozycją napisania wspomnienia o Zbyszku, powiedziałam - napiszę. Kiedy spróbowałam pisać, okazało się, że właściwie mało o nim wiem. Na studiach prawie nie znaliśmy się, On był na "budowlance" ja na komunikacji. Po studiach podjęliśmy pracę w Olsztynie. Spotkaliśmy się dopiero 1 marca 1972r. W Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego w Olsztynie. Zbyszek był kierownikiem pracowni, do której mnie przydzielono. Nie pamiętał mnie ze studiów, a nawet zasięgał opinii o mojej przydatności do pracy u Stefana Minkowskiego, z którym wcześniej pracowałam. Żyliśmy ze sobą 18 lat od godziny 7.00 do 15.00. "Pożycie" nasze układało się różnie, spieraliśmy się, skakaliśmy sobie do oczu, kłóciliśmy się - oczywiście o pieniądze. On ze złości aż się jąkał, a ja - zacinałam się, ale w końcu dochodziliśmy do porozumienia. Wszystko dlatego, że pełniłam funkcję "męża zaufania" w pracowni przez ponad 10 lat. Pracownia liczyła 15 - 20 osób i stanowiła zespół zgrany, nie było wielkich kłótni, zawiści.

Zbyszek potrafił wprowadzić atmosferę koleżeńską, nie faworyzował nikogo, przymykał oko na niektóre wyskoki, zwłaszcza w okresie prohibicji biurowej, kiedy było tyle okazji do uczczenia czegoś lub kogoś. Organizował spotkania poza Biurem, wyjazdy na grzyby, spotkania w lokalu z wyszynkiem i tańcami. Sam zawsze zachowywał się nienagannie, kulturalnie, nigdy nie usłyszałam od niego brzydkich słów, nawet w chwili wzburzenia. W pracowni nazywaliśmy go "kotusiem", gdyż tak się do nas zwracał. Zbyszek był dobrym organizatorem, potrafił ustawić pracę tak, że nie musieliśmy gonić w ostatniej chwili. Nie było tak zwanej nerwówki, na półce zawsze lezała jakaś dokumentacja w rezerwie. To dzięki niemu nasza pracownia uważana była w biurze za najlepszą. Był człowiekiem spokojnym, pogodnym, uśmiechniętym, pozbawionym mściwości i zawiści, serdecznym - po prostu był dobry. W 1990r. w czasach upadku biur projektowych odszedł na rentę. Uważaliśmy, że to był wybieg, bo kto mógł uciekał z Biura. Zbyszek był inteligentny, zawsze wiedział co i kiedy można i trzeba zrobić.

Potem spotykaliśmy się sporadycznie na ścieżce prowadzącej mnie do sklepu, Jego - do siostry, która mieszka w mojej okolicy. Witał mnie zawsze serdecznie, z daleka machał ręką żebym nie zboczyła. Był radosny, zawsze w dobrym humorze, nigdy na nic nie narzekał. Kiedy miałam chandrę i marudziłam - mówił: "uśmiechnij się, popatrz jak jest ładnie, jak pięknie świeci słońce". Kiedy mówiłam, że mam wszystkiego dość, że wyprowadzę się z domu - Zbyszek mówił: "to zamieszkaj u mnie" (był już wtedy sam), a ja na to: - "jak zobaczysz walizkę i mnie przed swoimi drzwiami nie zdziw się", a on na to: -"fajnie, czekam". Nie zdążyłam!

Dwa lata temu zmarłą jego żona. Przeżył to boleśnie. Był bardzo dobrym mężem, dbał o dom i rodzinę. Dzieci własnych nie miał, wychowywał syna żony z pierwszego małżeństwa, o synu i wnukach opowiadał ciepło. Żona chorowała na serce. Nie dawał się namówić udział w naszych spotkaniach koleżeńskich w ostatnich latach, tłumacząc mnie - "jak ja mogę bawić się kiedy żona źle się czuje". Po śmierci żony czuł się osamotniony, próbował znowu pracować zawodowo, coś tam projektował, ale jakoś mu ciężko szło. Spotkałam Zbyszka miesiąc przed śmiercią, był blady, zeszczuplał, ale był uśmiechnięty. Gdy zapytałam: - "cóżeś tak wysubtelniał?" odpowiedział: - "wiesz, coś tam mam z żołądkiem, chyba wrzody, a może ten co szczypie". Powiedział to tak spokojnie, z uśmiechem, że nie pomyślałam, że z nim jest tak źle. Porozmawiałam ze Stefanem, żeby się zainteresował i okazało się, że stan zdrowia Zbyszka jest beznadziejny. Nie wierzyliśmy.
Zmarł 1 marca 2001r. Odszedł człowiek dobry, skromny, wrażliwy, kochający życie i ludzi.

Genia