powrót do strony głównej

WSPOMNIENIE O PIOTRKU ŚWIERCZU
(zm. 1 grudnia 1990r.)

Dostaliśmy miejsce w tym samym pokoju w akademiku i polubiłem Piotrka od samego początku. Dużo rozmawialiśmy. Opowiadał o swoim ojcu, o całej rodzinie. Poznałem potem wszystkich, gdy zaprosił mnie do Mokoszyna. Ojciec, Pan Wacław, był dla Piotrka wzorem absolutnym. Naśladował go i uczył się wszystkiego od ojca. Umiał zabić cielaka, "rozebrać", zrobić wędliny, uwędzić. Uważał, że robi najlepszą kaszankę na świecie. Umiał naprawić stodołę, postawić ogrodzenie, zrobić kręgi betonowe i pustaki. Umiał z dwóch niesprawnych, starych dżipów złożyć jeden sprawny samochód, którym zabrał mnie do pięknej sąsiadki, na oczach której w szoferskim debiucie przewróciłem ogrodzenie. Ale Piotrek umiał naprawić ogrodzenie.

Urodził się nad Wisłą i zawsze chciał być mostowcem. Przed przyjazdem na studia do Gdańska był już dwa lata pisarzem na budowach mostowych.
Studia różnie mu szły, ale ukończył specjalizacje mostową. Pracę podjął w kieleckich mostach i szybko otrzymał samodzielną budowę - budowę mostu na Wiśle w Niepołomicach. Był na tej budowie dozorcą, magazynierem, cieślą, betoniarzem, majstrem i wreszcie kierownikiem. Ratował dobytek budowy przy wysokiej wodzie, aby później montować szalunek podpory i nadganiać stracony czas. W tym samym czasie budował wiadukt w Szarowie, na magistrali kolejowej Kraków - Medyka.

Za honor poczytywał sobie tak układać harmonogram prac, by ograniczenia w ruchu pociągów były minimalne. Dotrzymywał każdego zobowiązania. Był szczęśliwy, realizował swoje marzenie. Poświęcił tej pracy wszystko, nawet swoje małżeństwo. Wybudował ten most dla ludzi z obydwu brzegów Wisły. Był to i Jego most, bo chciał mieć swój most. Wybudował też bazę dla drogownictwa w Bochni. Postawił ją z niczego i wbrew wszystkim. Był gospodarzem z urodzenia i potrafił dbać o obejście jak rzadko kto. Pokazał to tutaj w Bochni.

Czuło się dumę z tego dzieła, gdy opowiadał mam o tej pracy, w czasie godzin atlantyckiej żeglugi. Było też w tej opowieści zdziwienie i żal, że żarliwość i bezinteresowność spotyka się niekiedy z tak dużą niechęcią przełożonych. Popłynęliśmy na Stację Antarktyczną im. H. Arctowskiego z poważnym programem budowlanym. Piotrek był filarem grupy. Znał robotę, pracował bez wytchnienia, był niezawodny. Pod koniec wyprawy, w czasie silnej wichury został uderzony blatem szalunkowym. Połamało mu żebra. Miał jakąś dziwną pretensję do siebie. Nie pozwolił sobie wytłumaczyć, że to był zwykły wypadek. Bardzo sobie jednak cenił udział w tej wyprawie.

Zupełnie nie umiał zadbać o swoje własne, prywatne sprawy. Miał czas dla wszystkich, tylko nie dla siebie. Rozpoczął budowę domu na ojcowiźnie i nie mógł jej zakończyć. Pomagał rodzinom internowanych w stanie wojennym. Znowu zaangażował się bez reszty, nie liczył czasu ani pieniędzy. Był za to szykanowany, w końcu zwolniono go z pracy. Nie umiał się pogodzić z niesprawiedliwością. Dochodził swoich praw w sądzie. Wygrał ale szykanowany był nadal. Nie można Go było nakłonić , żeby rzucił to wszystko i zabrał się do pracy w nowym otoczeniu.

Dla Piotrka najważniejsza była prawda. Zawsze silny jak tur, zaczął tracić siły. Początkowo myślał, że to skutek kontuzji odniesionej na Antarktydzie. W końcu trafił na krakowską onkologię. Długo chorował. Równocześnie budował dom w Niepołomicach. Przez każdą przerwę w leczeniu szpitalnym trochę podganiał robotę. Pracował znacznie wolniej, ale sam i powtarzał: - "jak Bozia da to w przyszłym roku". Bardzo już chory pojechał do senackiej komisji po zadośćuczynienie, symboliczne uznanie swoich racji. Nie doczekał tej satysfakcji.

Byliśmy razem gdy umierał. Nie cierpiał. Kazał się pochować w Niepołomicach. Na nagrobku chciał mieć witraż ze znakiem stacji polarnej. (Lech)

To jest grób Piotrka ze znakiem Stacji,
który obiecalem Piotrkowi umiescic na jego grobie.