powrót do strony głównej

  WSPOMNIENIE - WIKTOR WOJNOWSKI
(zm. 2006 )

Witek wart był tego, żeby o nim nie zapomnieć. Ciśnie się wiele wspomnień, które łatwo przychodzą do głowy.

Pierwsze lata swojej aktywności zawodowej spędził w "bydgoskiej przemysłówce". W drugiej połowie lat sześćdziesiątych przyjechał do Gdańska, gdzie wcześniej studiował i skąd pochodziła Jego żona i rozpoczął pracę w "gdyńskiej przemysłówce ". Pierwszym Jego zadaniem było kierowanie budową 27-mio komorowych silosów zbożowych z obiektami towarzyszącymi w Lęborku. Była ta pierwsza, realizowana metodą ślizgową, taka inwestycja na Wybrzeżu. Witek z chwilą ruszenia ślizgu nie opuszczał budowy, bojąc się, że jakiekolwiek zaniedbanie spowoduje nieobliczalne skutki. Pamiętamy, że wtedy beton wyrabiano w zwykłych betoniarkach na budowie i mogły być dziesiątki przyczyn przerwania procesu betonownia co było niedopuszczalne. Budowa ta mocno utkwiła Mu w pamięci, tak, że zawsze ją wspominał. Kiedy później jechaliśmy gdziekolwiek samochodem na delegację, gdy Witek zobaczył po drodze budowę silosów, musieliśmy zboczyć z drogi, zatrzymać się, a On musiał wymienić się doświadczeniami, nawet z dozorcą jeżeli taki tylko tam był.

Następnie Witkowi powierzono opiekę nad szczególnie wtedy priorytetową, zlokalizowaną w bardzo niekorzystnych warunkach gruntowych, budową fabryki domów w Gdańsku - Kokoszkach. Systematycznie koordynował dopływ niezbędnej dokumentacji i materiałów budowlanych. Był wyjątkowo skuteczny w mobilizowaniu wszystkich służb przedsiębiorstwa, żeby terminowo zakończyć budowę. W latach 78-79 Witek kierował budową cementowni w Prachowicach w Czechosłowacji. Najbardziej Witek utkwił nam w pamięci jako główny specjalista przygotowania produkcji. Odznaczał się wyjątkowo analitycznym rozumowaniem. Był bardzo dociekliwy i przewidujący.

Będąc doświadczonym fachowcem w wykonawstwie, potrafił, wydawałoby się dobrze przygotowaną przez specjalistów i prawników umowę z inwestorem o roboty, kilkakrotnie poprawiać, proponując coraz korzystniejsze zapisy. Zawsze okazywały się one później w realizacji ważne i niezbędne. Był dobrym konstruktorem. Podczas weryfikacji otrzymanych do realizacji projektów w szybki sposób wyłapywał wszystkie wady i braki. Miał po kilkanaście lat zaległego urlopu, który mu przepadał. Dla Witka nie istniał czas normowany, był do dyspozycji na drugą zmianę i w niedziele i w święta. Pomagał wtedy kolegom mającym problemy techniczne tzw. "kłopoty" na budowach.

Wituś był uroczym człowiekiem. Cechą ludzi nieprzeciętnych jest roztargnienie i takim był Witek. Na przykład przyjeżdżając do pracy samochodem, wracał do domu kolejką, albo prowadząc negocjacje z inwestorem wychodził z pokoju, zajmował się czymś innym i zapominał o gościach, albo grając w brydża, nigdy nie pamiętał kto rozdaje karty, zawsze chciał sam rozdawać. Z tej ułomności sam się śmiał. Był znawcą kuchni i smakoszem, gdy w restauracji brać zamawiała schabowego z kapustą lub golonkę, On zamawiał coś oryginalnego np. karpia w sosie piwnym. Chętnie dzielił się przepisami kulinarnymi na wykwintne potrawy. Jego hobby to było łowienie ryb w Gowidlinie ze swojej składanej maciupeńkiej łódeczki tzw. Stenki którą woził w swoim Trabancie. Miał znakomite poczucie humoru, lubił sobie celnie pożartować z "towarzyszy". Jak nieraz wspominał życie Go w dzieciństwie i młodości nie rozpieszczało. Myślimy, że od życia dostał mniej, aniżeli sobie zasłużył. Jesienią 1988 roku podążył, z chorą żoną, za swoimi dziećmi do Niemiec. Na pewno Mu brakowało nas, a nam Jego. Wrócił na cmentarz w Gdańsku w 2006 roku.

--------------------

Witka spotkałem w Gdyni pod koniec lat 60-tych w tutejszej Przemysłówce. On dotarł tu z przemysłówek bydgoskich ja z budów cementowni. Witek kończył silosy w Lęborku ja trafiłem na przygotowanie dużej budowy w Ilmenau. Po roku zamieniliśmy się rolami. Witek po skończeniu Lęborka ściągnięty został do Gdyni do przygotowania produkcji mnie natomiast wypchnięto na budowę Fabryki Domów w Kokoszkach - budowy jak większość inwestycji resortowych totalnie nieprzygotowanej. Witkowi powierzono opiekę nad tą budową. Systematycznie koordynował dopływ niezbędnej dokumentacji i zaopatrzenie w reglamentowane materiały. Mimo napięć towarzyszących tego typu priorytetom Witek potrafił swoimi postępowaniem zmobilizować wszystkie służby przedsiębiorstwa. Potrafił mobilizować również nas na budowie często zrezygnowanych walką z opóźnieniami, brakami i wyjątkowo trudnym gruntem. Nie zapomnę nigdy Witka gdy po powrocie ze stawianej nam za wzór analogicznej Fabryki w Bydgoszczy płomiennie przekonywał nas, że będziemy pierwsi i że jesteśmy lepsi. Mimo wrodzonej delikatności (na warunki budowy wręcz subtelności) był wyjątkowo skuteczny. Jako pracownik dyrekcji mógł jak pozostali ograniczyć się do ustawowych 8 godzin, dzielił jednak z nami i drugie zmiany i niedziele na budowie. Z Przemysłówki odszedłem w roku 1975. Witek pozostał Jej wierny do czasu wyjazdu do Niemiec. Ponieważ wiele lat spędziłem na budowach w Niemczech szukałem tam Witka by ściągnąć go na nasze Zjazdy. Niestety mimo moich i mojej rodziny starań nie udało mi zrewanżować się Witkowi za wsparcie którego udzielił mi na mojej najtrudniejszej budowie. Nie zdążyłem - ogromnie żałuję

Przyjaciele z "gdyńskiej przemysłówki"